środa, 13 czerwca 2012

Rozdział czwarty


 Sidziałam na schodach, prowadzących do klatki mieszkania Karo. Była 17:22. Karo sie nie odzywała. Zadzwoniłyśmy na policję. Powiedzieli, że poszukiwania zaczną dopiero po dwunastu godziach od zaginięcia, a za godzinę zniknięcia mojej przyjaciółki przyjeli 4:36, bo wtedy skończyła się impreza. Od czterdziestu sześciu minut wszyscy jej szukali. Ja nie potrafiłam. Nie wiedziałam od czego zacząć. A to wywołało we mnie poczucie kompletnej bezsilności.
   Zadzwonił mój telefon. Karo!!! To na pewno ona.
- Karo? Gdzie jesteś? Wracaj? - wykrzyczałam te cztery wyrazy, ze zniecierpliwieniem czekając na odpowiedź.
- Kim jest Karo? - usłyszałam Piotra.
- Ach...to ty.
- Tak, ja. Byliśmy umówieni, pamiętasz? Hej...Co to za humor? Coś się stało?
- Zniknęła...
- Kto?
- Karo, moja...jedyna przyjaciółka...
- Jak to zniknęła? Gdzie jesteś?
- U niej pod blokiem. Kasztanowa 15.
- Już do Ciebie jadę. - usłyszałam w słuchawce alarm jego ferrari, a po chwili dźwięk zamykanych drzwi i pisk opon...zapomniał się rozłączyć.
   Włożyłam telefon do kieszeni, oparłam głowę na kolanach i objęłam ją rękami w nadziei, że dzieki temu choć trochę się uspokoję.
Po jakichś dwuch minutach przed blokiem usłyszałam samochód Piotra.
- Izi, Izi...- wołał mnie, ale ja nie potrafiłam otworzyć ust. Już nie płakałam, ale to chyba jedynie dlatego, że brakowało mi łez.
   Wbiegł przez prześwit i rozejrzał się po blokowym placu. Siedziałam skulona, oparta o niewysoki murek, pełniący rolę barierki, dlatego nie zauważył mnie od razu.
- Tu jesteś...- podbiegł do mnie i objął swoimi silnymi ramionami.- Trzymasz się jakoś?
- Jak mam się trzymać?! Moja najlepsza...moja jedyna przyjaciółka zniknęła, nie wiem, co sie z nią dzieje, nie odpowiada na moje telefony, nie zostawiła żadnej wiadomości, a ten krzyk, ta melodia...co to wszystko znaczy?
- Hej, hej, hej, hej, hej...wróć! Co powiedziałaś?
- Jak mam się trzymać, skoro nie ma Karo? - o co mu chodzi?
- Ale to później...to o krzyku, o jakiejś muzyce.
- Dzisiaj rano dzwoniła do mnie, ale odebrała babcia, a kiedy oddzwoniłam...ktoś odebrał. Później usłyszałam jakąś melodię. Ktoś wrzeszczał. Ktoś rozmawiał. Karo Prosiła o ratunek.
- I nie powiedziałaś o tym policji. Izi, oprzytomniej! TO jest jakiś ślad. Może dzięki temu ją znajdą.
- Aaa...Jezu, no tak! Jak mogłam wcześniej o tym nie pomyśleć! - nie wierzyłam, że mogłam zapomnieć o tak ważnej rzeczy. - Chodźmy! Muszę jak najszybciej dostać się na komisariat. A i jeszcze porozmawiać z mamą Karo.
 ***
- Jesteś pewna, ze to jej głos? - po raz kolejny słyszałam to pytanie. Policjant myślał chyba, że 16-latce nie warto wierzyć.
- Tak! Juz to panu mówiłam...- Słysząc to, dyżurny spojrzał na mnie surowo, po czym sięgnął po telefon.
   Nie rozmawiał długo, a kiedy skończył kazał nam ze sobą pojechać. Wyszliśmy na zewnątrz i wsiedliśmy do stojącego najbliżej nas radiowozu. Ja i Piotrek z tyłu. Miałam gdzieś, co ludzie pomyślą, kiedy zobaczą mnie siedzącą na tylnym siedzeniu policyjnego radiowozu z jakimś chłopakiem. Dzisiaj potrzebowałam jego obecności. Zawsze, nawet kiedy byliśmy dziećmi, zawsze potrafił mnie pocieszyć. Teraz trzymał mnie za rękę, a co kilka chwil mocno mnie przytulał i obdarowywał ciepłym pocałunkiem. Był dla mnie tak wielką podporą...
   Nie minęło nawet dziesięć minut, a już byliśmy na miejscu. Policjant zaparkował w bocznej uliczce, niedaleko miejsca imprezy, obok innego radiowozu, z którego wysiadł mężczyzna w ciemnej marynarce. Był młody. Koło trzydziestki. Miał krótkie, proste blond włosy. Rozpoznałam w nim komisarza, który przyjechał do domu Karo, kiedy upłynęło te 12 godzin. Wtedy wywołał we mnie reakcje bardzo nie na miejscu. Zaczęłam się śmiać kiedy zobaczyłam jego mini nos. Jego twarz wyglądałaby tak samo bez żadnego nosa.
   Zrobiło sie późno. Obok nas, co chwile pojawiali się wracający z poszukiwań. Tymczasem policjanci kolejny raz mnie przesłuchiwali. Te same pytania, te same odpowiedzi...stawało się to nudne, ale jeżeli miało pomóc w odnalezieniu mojej najlepszej przyjaciółki...muszę.
   Wokół nas zebrała się już spora grupa gapiów. Oświetlali nas latarkami, raz po raz kierując je na moją twarz. Niektórzy patrzyli na mnie, jak na obiekt badań naukowych, a inni mieli w oczach poprostu współczucie.
   Policjanci powoli zaczynali wyczerpywać ogromny dotąd ogromny zapas pytań. Przesłuchiwanie dobiegało końca.
- Eli – zaczął Piotr – może potrzebujesz...nie wiem...może przejdźmy się. Pewnie od rana nic nie jadłaś, a głodna nic tu nie pomożesz.
   Chwila spokoju, tak, tego teraz potrzebowałam. Bez słowa skinęłam lekko głową, a właściwie sama mi opadła. Cały zapas energii ze śniadania wyczerpałam jeszcze przed dotarciem na Kasztanową. Piotr miał rację, musiałam coś zjeść.
   Nie daleko, za parkiem znajdowała się nocą spokojna, dniem oblegana przez tłumy uliczka Lawendowa. Znajdowało się tam mnóstwo małych sklepików z odzieżą, kilka drogerii i najlepszy bar, w jakim kiedykolwiek byłam. Może lepszy byłby dla mnie ogromny kawałek kokosowego toru z Costa Caffe, ale nie miałam ochoty tłuc się, aż na drugi koniec miasta. Mocno ścisnęłam rękę Piotra i poprowadziłam nas w stronę parku. Minęlismy dwa skrzyżowania i znaleźlismy wśród szumiacych parkowych drzew.
Początek września. Było już ciemno, ale uliczne lampy miały zaświecić się dopiero za jakies pół godzin. Jedynym źródłem światła był księżyc, powoli wychylający się zza chmur. Wszystko wygladało tak tajemniczo, ale przyjaźnie, po prostu bajecznie.
   Otaczały nas dziesiątki dębów. Ich jeszcze zielone liście cicho szumiały poruszane chłodnym nocnym podmuchem. Po naszej lewej i prawej stronie rosła trawa. Obroszona wieczorną mgłą połyskiwała lekko w białym świetle księżyca. Przed nami znajdowała się fontanna. Po niewielkich posążkach ryb i syren powoli, maleńkimi strumykami spływała woda. Promienie księżyca pogrywające z rozpryskujacymi się strużkami, tworzyły koronkowy obraz wyszywany białymi, błyszczącymi nićmi. Wszystko wydawało się gotowe do ucieczki, byle by tylko nie cieszyć za długo oka strapionych życiem ludzi. Ludzi, którzy stracili bliskich. Zapragnęłam zatrzymać to na zawsze. Wciąż trzymając dłoń Piotrka, podeszłam do fontanny i powoli wyciągnęłam rękę w stronę najmniejszego posągu. Zamoczyłam palce, potem całą dłoń. Trzymałam ją w zimnej wodzie, czekając, aż chłód dotrze do ramion, a wtedy...wszystko zniknęło. Ksieżyc schował się za chmurą.

_____________________________________________________
tym razem krótko :) 
dziękuję za dotychczasowe komentarze i proszę, komentujcie, bo chcę wiedzieć, co myślicie o tych moich tworach ;D
pozdrowienia dla wszystkich czytających :*