środa, 23 maja 2012

Rozdział trzeci


   Wiedziona zapachem waniliowych naleśników mojej babci, po kilku minutach mozolnych prób w końcu wstałam z łóżka i poszłam do kuchni. Babcia jak zwykle przygotowała śniadanie jak dla pułku żołnierzy.
- Babciu, kto to wszystko zje?
- Oj nie marudź, nie marudź...wiem jaki masz apetyt po każdej zabawie.
Siadłam do stołu i zabrałam się za nakładanie pachnących smakołyków, a babcia w tym czasie dostawiała dżemy, dzbanki z mlekiem i sokiem grejfrutowym.
- Opowiedz mi jak było?
- Jak było? Hm...no tak normalnie, jak na dyskotece – alkohol, papierosy, narkotyki (choć tym razem nikogo naćpanego nie widziałam, ale prawda, byłam zbyt zajęta Piotrem), chciałam dokończyć, ale powstrzymałam się w obawie przed moją w brew pozorom bardzo surową babcią. A tematu Piotrka nie chciałam na razie poruszać.
- Aha. Spotkałaś jakichś fajnych chłopców? - nie byłam pewna, co odpowiedzieć na to pytanie, więc przyjęłam wersję: "nikogo nowego nie spotkałam", tak na wszelki wypadek.
- Nie. - odpowiedziałam krótko i przecząco pokręciłam głową.
- Dlaczego nie chcesz mi nic opowiedzieć? Zachowujesz się jakbyś miała coś do ukrycia. - bo mam, pomyślałam - Niech zgadnę wcale nie poszłaś do szkoły... - no nie! Skąd ona o tym wie? -...Pewnie spotkałaś się sam na sam z tym...jak mu tam? Radkiem? - Ufff...
- Arkiem, babciu.
- Czyli jednak?
- Nie...
- Tylko mi się nie tłumacz! Choć może trudno w to uwierzyć, ale ja też kiedyś byłam nastolatką. - babcia powiedziała to z, jakby to określiła Karo, cwaniackim uśmiechem wywołując we mnie okropny napad śmiechu, w wyniku czego cały stół pokryły okruszki naleśników, które znienacka wydostały się z moich ust.
- Arek to tylko kolega. - w dodatku z klasy.
- A od kiedy koledzy wydzwaniają do koleżanek przez dwie godziny, za każdym razem krzycząc do słuchawki "Kocham cię Izi", a potem się rozłączają?
What the fuck???- pomyślałam- co za palant! Pewnie znowu się założyli. Ja im dam! Pożałują!
- ...więc nie musisz mi nic tłumaczyć. Doskonale Cię rozumiem.
   Tak naprawdę to babcia nic nie rozumiała. Wiedziała tylko, że mam na imię Eliza i mam 16 lat. W sumie to wszystko.Dla niej miałam całkim odrębny i diametralnie różniący się od prawdziwego, świat pełen dobrych ludzi, marzeń, tęczy i miłości. Nigdy jej się nie zwierzałam ze szkolnych, czy towarzyskich problemów. Miałam tylko ją i Karo. Karo zauważyła, że ktoś, kto się dobrze uczy, wcale nie musi być kujonem, a jego życie nie ogranicza sie do ksiażek i szkoły.
- Dzwoniła też Karolinka. Była bardzo przejęta i prosiła, żebyś zaraz do niej oddzwoniła, ale nie miałam serca cię budzić.
   Karo? O tej porze? To nie było normalne, zwłaszcza, że moja najlepsza przyjaciółka imprezy tego typu odsypia zazwyczaj do drugiej-trzeciej godziny po południu, a była dopiero dziewiąta. Zmartwiona wstałam szybko od stołu, zabrałam talerz z naleśnikiem, kubek soku, komórkę i pobiegłam do siebie.
Czas dłużył sie niemiłosierenie. Dzwoniłam już piąty raz, ale nikt nie odbierał. Ogarnęły mnie przerazajace mysli. Karo nigdy, nigdzie nie ruszała się bez telefonu. Musiało się coś stać. Wybrałam jej numer jeszcze raz w nadziei, że tym razem jednak odbierze. Jeden, drugi, sygnał...i nagle...O, ktoś odebrał.
- Karo? Hej, co u ciebie? Dlaczego nie odbierasz? Karo...
   Nikt się nie odezwał. Ze słuchawki dobiegały tylko dziwne szumy i odgłosy przypominające ciężki oddech naszego profesora od historii.
   Byłam już nieźle przerażona i zaniepokojona brakiem kontaktu z Karo, kiedy usłyszałam w słuchawce ciche głosy. Jakby rozmowa dwóch dresiarzy, takich co tylko myślą jakby tu coś do zapalenia dorwać, ale żaden głos nie przypominał w ogóle głosu mojej najlepszej przyjaciółki. W tle słyszałam dobrze znaną mi melodię jakiejś ballady, ale nie znałam jej tytułu.W każym razie bardzo nietypowe połączenie. Wywołało ono we mnie dziwne uczucie, takiej jakby...hm...pustki? Chociaż może nie do końca i nie wiem dlaczego pustki. Po prostu tak się poczułam, nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego. W każdym razie nie było to miłe. Z każdą chwilą stawało się coraz okropniejsze. Na plecach poczułam zimny dreszcz, który z ogromną szybkością rozszerzył sie na kark i ramiona, praktycznie mnie unieruchamiając. Piosenka zdawała się coś do mnie mówić. Starałam przypomnieć sobie z czym sie zawsze kojarzyła, co mówiła o niej Karo i o czym opowiada jej tekst, ale na próżno. Wszystkie moje wspomnienia, myśli...wszystko nagle ulotniło się. Tłumaczyłam sobie w duchu, że to na pewno wina jej przestarzałego telefonu, którym zastępowała, komórkę oddaną do naprawy.
   Kiedy już zaczynalam się uspokajać, melodia dochodząca ze słuchawki ucichła, tak jak i rozmowa, a w jej miejsce pojawiły się szumy takie jak na początku. Próbowałam usłyszeć coś w plątaninie dźwięków, kiedy w słuchawce rozległ się przeraźliwy krzyk: Niiiiieeeee!!!
- Jezu! Co to było? - zapytałam sama siebie.
Ucichło...jednak nie na długo. Po chwili spokój rozdarł kolejny krzyk, kolejny głos, ale ten o wiele bardziej znajomy...głos Karo.
- Nie możesz! Zostaw mnie!
- Nie mogę? To się jeszcze okaże...
- Izi...rat...
   Usłyszałam fragment rozmowy. Moje imię podziałało na mnie, jak budzik. Natychmiast zareagowałam:
- Karo! To ty? Gdzie jesteś? Karo! Karo!
    Odpowiedziała mi cisza, która po chwili zamieniła się w sygnał oznaczający koniec połaczenia. Nie czekając, ani chwili rzuciłam się do wyjscia, chcąc jak najszybciej dotrzeć do domu mojej przyjaciółki i sprawdzić, co sie stało. Dotarłam już do furtki nim uświadomiłam sobie, że mam potargane włosy, rozmazany makijaż i do tego mam na sobie piżamę. Cholernie martwiłam się o Karo, ale w takim stanie nie mogłam wejść do autobusu, jakim planowałam dostać się do przyjaciółki. O tej porze, co prawda autobusy były puste, ale wolałam nie ryzykować. Wbiegłam do domu mijając po drodze zdziwioną babcię i od razu skierowałam się w stronę łazienki. Szybki prysznic, kredka do oczu i tusz do rzęs, nieco poprawiły mój wygląd, ale pozostały jeszcze włosy. Po 15 min. byłam gotowa.
   Miałam ogromne szczęście, bo akurat kiedy dobiegałam do przystanku, zza rogu ulicy wyłonił się żółty przód autobusu MPK z numerkiem 134, co oznaczało, że jedzie w kierunku domu Karo. Weszłam do autobusu i rozejrzałam się w poszukiwaniu wolnego miejsca siedzącego. Znalezienie takowego nie okazało sie trudne. Zajęłam fotel znajdujący się najbliżej tylnego wyjścia. Jechaliśmy już jakieś 10 min, a była to dopiero połowa drogi. Wydawało mi się, ze minęła godzina, zanim w głośniku usłyszałam: "Następny przystanek: ul.Świerkowa". Na reszcie, pomyślałam. Już mieliśmy odjeżdżać z przystanku, kiedy do autobusu weszło trzech facetów, ubranych na ciemno, z żółtymi odblaskowymi kamizelkami i plakietkami "kontrola biletów". Nie, no super! Z tego wszystkiego nie kupiłam biletu.
- Dzień dobry. Kontrola biletów.
- Nnn....nie mam.
- W takim razie poproszę jakiś dowód tożsamości. Będzie mandacik. - kontroler był wyjątkowo miły. Zrezygnowana poszperałam w portfelu i wyciągnęłam legitymację szkolną.
   Później moje myśli opanowały złe przeczucia. Bałam się cholernie o Karo. Nie wiele brakowało, a musiałabym wracać ponad kilometr, bo zapomniałam, że to już mój przystanek, ale w ostatniej chwili zdążyłam wyskoczyć z pojazdu. Biegłam do mieszkania mojej przyjaciółki wąską uliczką. Po przebyciu jakichś stu metrów skręciłam w prawo, w blokowy prześwit i wbiegłam na podwórko. Zmęczona podeszłam do klatki numer 4 i wystukałam na domofonie numer mieszkania Karo.
- Dzień dobry, tu Eliza. Czy jest Karo?
- Karo? Tutaj? Przecież ona miała u ciebie nocować.
Że...CO?- pomyślałam.
- Wejdź. - posłuchałam mamy Karo. Weszłam na pierwsze piętro, skąd pojechałam windą na piąte. Zapukałam do drzwi mieszkania przyjaciółki.Otworzyła mi pani Małgosia...
- Chodź, chodź. To Karo nie wróciła z tobą z tej zabawy.
- Yyyy....-nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Jak to rozegrać, żeby mama Karo nie połapała sie, co robiłyśmy. - To znaczy podwiozła mnie, a później rozeszłyśmy się ze znajomymi. – taka wersję uznałam za najbezpieczniejszą.
- I gdzie teraz jest?
- O to samo chciałam panią zapytać.
- Nie, nie, nie! Nie mów mi, ze zniknęła. Jak? Przecież...ona...ona...nie mogła! - pani Małgosia wybuchnęła płaczem. Jest bardzo uczuciowa i zawsze wszystkim się przejmuje. Nie to, że ja jestem bezduszna, ale mam większy dystans do wszelkich problemów. Niestety nie objawił się on w przypadku sprawy Karo.
- Proszę nie płakać. - próbowałam ją pocieszać, jednak bezskutecznie – na pewno spotkała kogoś znajomego i u niego śpi. Zaczekajmy do południa. Odezwie się. - wątpiłam w swoje słowa, ale musiałam stwarzać, choćby niewielkie pozory. Mama Karo zdawała się uspokajać, podczas gdy we mnie wszystko się kotłowało.
   Mieszały się wszystkie moje myśli. Te głosy, ta piosenka, ten krzyk, ten...brak Karo, mojej najlepszej przyjaciółki.


piątek, 18 maja 2012

Rozdział drugi


Wspomnienia...byliśmy nimi zajęci przez dobre trzy godziny.
- Muszę już lecieć. Jestem wyczerpana.
- Może Cię podwiozę? - zaproponował z tym swoim kochanym uśmiechem na twarzy, a ja nie protestowałam.
- Jeżeli nie będzie to dla ciebie kłopot.
- No co ty! Mieszkacie, tam gdzie wcześniej, prawda? - skinęłam głową w odpowiedzi, a Piotrek złapał mnie za rękę i skierował się na zewnątrz.
Szliśmy w stronę parkingu znajdującego się jakieś 300m od nas. Moze to dziwne, że nie martwiłam się o moją najlepszą przyjaciółkę, ale ona jest jak kot, zawsze spada na cztery łapy, a poza tym, znając ją, znowu naciagnie jakiegoś biedaka, mówiąc, że prześpią sie u niej, bo ma pusta chatę, a kiedy on już zaparkuje pod domem, ona stwierdzi, że chyba jednak ktoś u niej jest, bo w oknie świeci się światło i voila, Karo jest w domu.
Droga, którą normalnie pokonałabym w maksymalnie dwie minuty, stała się nagle, jakby dłuższa. W życiu nie szłam tak powoli, ale czułam się tak wspaniale, że nic mi nie przeszkadzało. Gdyby nie zmęczenie, mogłabym iść tak z Piotrkiem jeszcze całą noc...
- Jak długo tu zostajesz? - spytałam, niepewna, czy chcę usłyszeć odpowiedź.
- Na zawsze.
- Jak to, na zawsze. Przeprowadzasz sie tu?
- Yhy.. Pamiętasz, że zbirałem znaczki, no nie?
- No i, co to ma do rzeczy?
- Jeden z nich okazał się sporo warty. Kupiłem za niego mieszkanie. - pomyślałam, że to żart, ale nie drażyłam więcej tego tematu. Biorąc pod uwagę, że Piotr nie wyjeżdża, mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu.
   Dochodziliśmy już do parkingu. Piotrek poprowadził mnie w stronę czarnego ferrari california. Pomyślałam, że zaraz je wyminiemy i wsiadziemy do golfa, czy czegoś tego typu, no bo przecież, nawet jeśli była to prawda, to pieniędzy ze sprzedaży znaczków, nie starczyłoby na taki samochód.Ku mojemu zaskoczeniu, chłopak sięgnął do kieszeni i wyciagnął kluczyk z brelokiem ferrari. Usłyszałam dźwięk sygnalizujący wyłączenie alarmu. Kiedy podeszlismy bliżej, Piotr otworzył mi drzwi od strony pasażera. Fotele samochodu obite były wiśniową skórą, a kiedy wsiadłam, poczułam delikatny zapach drzewa pomarańczowego. Piotrek zamknął za mną drzwi i przeszedł na stronę kierowcy. Wsiadł i spojrzał na mnie, jakby czekając na jakis znak z mojej strony...zamyślił się.
- Bałem się... Bałem się, że nie będziesz mnie w ogóle pamiętała...że uznasz mnie za małego debila, który kiedyś sie za tobą uganiał. Ale z drugiej strony, to chyba chciałem, żebyś zapomniała, jaki kiedyś byłem...jak wyglądałem i... co nas łączyło. - zaskoczyło mnie to wyznanie. Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Pocałowałam go tylko w policzek i zaczekałam, aż odpali silnik.
   Piotrek nie jechał szybko. Wielu bedąc na jego miejscu, mając taki samochów, złamałoby do tej pory wszystkie przepisy, ale on trzymał się dokładnie zasad ruchu. Całą drogę milczeliśmy. Raz tylko zerknęłam na mojego kierowcę-był skupiony, ale nie na drodze. Myślami odpływał gdzieś indziej...ile bym dała, żeby wiedzieć, co o mnie sądzi.
   Kiedy wracaliśmy, uświadomiłam sobie, że to, co się dzisiaj stało...to nasze spotkanie, to pierwsze i to w kuchni...jakie to wszystko było dziwne. Nigdy nie kochałam się w Piotrku. On we mnie, owszem i wszyscy o tym wiedzieli, ale dla mnie był zawsze tylko przyjacielem, towarzyszem zabaw. A dzisiaj...nie rozumiałam tego. Kiedy zobaczyłam go wśród znajomych, spodobał mi się, zobaczyłam w nim swojego wymarzonego chłopaka. Później, kiedy znajomi rozeszli się, poczułam sie obco, na początku nie zwróciłam na to uwagi, ale kiedy zaproponował drugie spotkanie, trochę się wystraszyłam. Kiedy znalazłam sie w kuchni, chciałam jak najszybciej stamtąd uciec, ale kiedy Piotrek rzucił tekst z naszego, dawniej ulubionego serialu, wszystko się zmieniło. Najdziwniejsze było to, że kiedy spojrzeliśmy na siebie, w ciągu tych dwuch, czy trzech sekund, kiedy trzymał mnie w ramionach, zrodziło się we mnie uczucie, zapragnęłam go pocałować. On tylko przypomniał sobie, co do mnie czuł. A teraz? Do parkingu szliśmy jak para, będąca w zwiazku od kilku, miesięcy, lat...
   Pogrążona w rozmyślaniach nie zauważyłam nawet, kiedy Piotr zatrzymał sie pod moim domem. Teraz patrzył na mnie, jakby chciał sfotografować i zapisać w pamięci moją twarz. Nagle odwrócił wzrok i spojrzał przed siebie. Nie wiedząc, za bardzo, co zrobić wysiadłam z samochodu i ruszyłam w stronę furtki. - Eliza, zaczekaj! - usłyszałam za sobą.
- Tak?
- Czy moglibyśmy się jutro spotkać? - jak ja czekałam na to pytanie. Usiłujac zachować spokój, wzięłam głęboki oddech, wcisnęłam wyimaginowany guzik "uśmiech start" i odpowiedziąłam:
- Jasne, gdzie? O której?
- Jest jeszcze ta cukiernia, do której chodziliśmy kiedyś z twoją babcią? Zaraz...jak ona się nazywała?
- Costa Coffee.
- O właśnie! Może tam.
- Świetny wybór, uwielbiam to miejsce.
- No, to jesteśmy umówieni? Przyjadę po Ciebie koło piątej, może być?
- Yhy...w takim razie do zobaczenia. - podeszłam do niego i pocałowałam w policzek, po czym zwróciłam się w stronę domu, ale Piotrek przytrzymał moją rękę. Przekręcił ją tak, aby lepiej widzieć wnętrze mojej dłoni i kciukiem nakreślił na niej serce, po czym podszedł bliżej i pocałował mnie. Krótki buziaczek powoli przemieniał się w głęboki pocałunek.

No to drugi rozdział za mną ;D Chyba trochę za szybko go dodałam, ale chcę jak najszybciej przebrnąć, przez ten nudny wstęp i przejść do naprawdę dynamicznej akcji :))

czwartek, 17 maja 2012

Rozdział pierwszy



Karo zaparkowała przed moim domem około szóstej wieczorem. Impreza zaczynała się dopiero o dziesiątej, ale czekało nas jeszcze parę rzeczy takich jak makijaż, dobranie ciuchów itp. Normalnie wystarczało mi 15 min., ale gorzej było z moją najlepszą przyjaciółką, a poza tym babcia nie uwierzyłaby, że szkolna dyskoteka zaczyna sie tak późno. Nasza impreza oczywiście ze szkołą nie miała nic wspólnego. Po raz kolejny wymykałam się na osiemnastkę jakiegoś gościa z drugiej liceum. Nawet go nie znałam, ale nie miało to wiele do znaczenia, bo wiedziałam, że będzie tam mnóstwo przystojniaków, fajna muzyka, miałam nadzieję na świetną zabawę...
Samochód trąbił juz trzeci raz. Złapałam torbę z podręcznymi rzeczami, kosmetyki, kilka ubrań i wybiegłam na podjazd. Dobrze, że w naszej parterówce nie ma schodów, bo znając moje szczęście i zdolność do przewracania się, na pewno straciłabym kilka zębów, a wtedy nici z imprezy.
- No wreszcie...już myślałam, że się nie zbierzesz!
- Cześć, mi też miło cię widzieć.
- Wzięłaś wszystko?
- Nie, zabrałam tylko torbę pełną książek.-zażartowałam.
- Ale...przecież – Karo już miała łzy w oczach.Zawsze mnie zadziwiała wolnym tempem kojarzenia, ale dzięki temu mogłam ją często nabierać. Na szczęście nigdy się na mnie nie obraża, za co ją bardzo kocham.
- Heeeej! Przecież żartuję. Za nic nie opuściłabym takiej imprezki. Będzie party haaaard!
- Wiesz, że ja cię chyba kiedyś zabiję za te twoje żarty?
- Ja też cię kocham. - obie wybuchnęłyśmy śmiechem.
Przygotowanie się do wyjścia zajęło mi około 20 min, ale Karo...wzięła prysznic, pokręciła włosy, które po dziesięciu minutach wyprostowała, marudząc przy tym jak strasznie wygląda. Następnie założyła luźną czerwoną sukienkę przed kolano. Wyglądała...jakby to nasi znajomi, jak dziwka. Dlatego też po kilku zerknięciach na swoje odbicie, zrezygnowała z czerwieni. Poszperała w swojej ogromnej garderobie i wyciągnęła czarną koronkową spódnicę. Wydała mi się zadługa jak na gust Karo, ale ona miała już na to sposób. Podciągnęła ją wysoko nad pępek, odkrywajac swoje szczupłe nogi jakich mogłaby jej pozazdrościć nie jedna modelka.
Kiedy wydawało sie, że jesteśmy gotowe, Karo przypomniała sobie, że jej niebieskie paznokcie nie pasują do złotego topu, który dobrała do spódnicy. Kilka minut po dziesiątej byłyśmy ubrane, pomalowane, jednym słowem gotowe do wyjścia. Pożyczyłam od Przyjaciółki ciemno fioletowy żakiet, który świetnie pasował do mojej obcisłej, beżowej sukienki. Zrezygnowałam ze szpilek twierdząc, że i tak nikt nie zauważy, że jestem o 12 centymetrów wyższa, a będę musiała się męczyć.
Dotarłyśmy na miejsce jeszcze zanim zabawa się rozkręciła. Zauważyłam paru znajomych i od razu znalazłyśmy sobie zajęcie. Wśród nich był jeden nieznajomy chłopak. Wysoki szarooki brunet. Umięśniony, z dwudniowym zarostem na szczupłej twarzy, wyglał zarazem na słodkiego chłopaczka i niebezpiecznego mężczyznę, gotowego na wyzwania, jakie stawiają przed nim, widocznie trudne do ujarzmienia, lekko kręcone, geste, rozczochrane włosy. Podeszłam do niego, chcąc spróbować nawiązać jakąś rozmowę. Spóźniłam się, bo to on zdecydował się zrobić pierwszy krok.
- Hej! Czy my się nie znamy?
- Może...- miał tak znajomą twarz, ale to niemożliwe, żebym go kiedyś widziała, na pewno. Zapamiętałabym.
- Mam wrażenie, jakbym Cię już kiedyś spotkał. Ale to chyba niemożliwe, bo od kilku lat mieszkam pod Gdańskiem.
- No, to chyba jednak nie, ale ja też Cię skądś kojarzę...byłeś może kiedyś na jakimś festiwalu muzycznym?
- Nie, raczej nie chodzę na tego typu koncerty,ale...melodia twojego głosu na pewno to zmieni. - kiedy to mówił na jego twarzy pojawił się zadziorny uśmieszek.
Mimo, że powoli okazywał się kolejnym flirciarzem, podobało mi się. Z lekkim uśmiechem powoli zbliżałam się do niego, starając się jednak przy tym zachować resztki pewności siebie i pozory normalności. Staliśmy tak koło siebie, wpatrzeni w siebie jak w kolorowe obrazki, kiedy nieznajomy powoli podszedł do mnie, przysunął swoją twarz do mojej...pocałuje mnie, pomyślałam, ale on skierował się nagle w lewą stronę, przytknął usta do mojego ucha i szepnął: "Za dziesięć minut w kuchni. Będę czekał." A odchodząc delikatnie musnął wargą czubek ucha, co spowodowało, że natychmiast sparaliżował mnie dreszcz ekscytacji. Kiedy jednak chłopak odszedł, uświadomiłam sobie o co mu chodziło. O nie! Nie jestem taka łatwa.
Kiedy odzyskałam panowanie nad sobą, rozejrzałam sie, czy sobie poszedł. Uff...nie było go.
Zdecydowałam się odnaleźć Karo, jednak ona jest tym typem osoby, po której nigdy nie mozna się niczego spodziewać. Skierowałam sie w stronę dużego pokoju, gdzie zauważyłam stoliki z napojami i jedzeniem. Tam mogła być. Kiedy tylko weszłam do ogromnego pomieszczenia opanował mnie tłum ludzi tańczących do jakiegoś kawałka Davida Guetty, którego tytułu za nic nie mogłam sobie przypomnieć. Próbując sie wydostać z oszlałego stada nietrzeźwych, zaczęłam przepychać się w stronę barku. Dwie, trzy minuty i wreszcie zauważyłam przyjaciółkę, a przynajmniej tak mi się zdawało...niestety tylko zdawało. Nie miałam pojęcia, gdzie jeszcze mogę jej szukać. Poddałam się.
Impreza dopiero się rozkrecała, a ja już byłam padnięta. Potrzebowałam chwili ciszy. Stwierdziłam, że świetnym miejscem na odpoczynek będzie kuchnia. Większość gości była w salonie, a pozostali stali w kolejce do łazienki. Jedyne, co mogłoby ich skłonić do pujścia w tamto miejsce to głud, ale komu chciałoby się robić kanapki, skoro w pokoju gościnnym było ich mnóstwo. Ruszyłam w tamtą stronę, przeciskając się przez podekscytowany tłum. Minęłam po drodze kilka obściskujących się par. Tylko jedna z nich zwróciła na mnie uwagę. Chłopak rzucił spojrzenie w stylu "zazdrościsz", a dziewczyna zrobiła minę, jakby chciała pożreć mnie wzrokiem, za to, że im przeszkodziłam, po czym wrócili do swoich...hm, spraw. Szłam dalej, długim korytarzem. Minęłam drzwi do łazienki i dość pewnym krokiem weszłam do kuchni, ale od razu tego pożałowałam. Przez to zamieszanie z Karo zapomniałam, że nieznajomy, którego spotkałam wcześniej chciał się ze mną spotkac właśnie w kuchni i niestety był tam. Chciałam się wycofać, ale chłopak już mnie zauważył. Mimo, że siedział na szafce po drugiej stronie pomieszczenia, zadziwiająco szybko znalazł się koło mnie. Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.
- Hej...gdzie uciekasz?
- Odczep się ode mnie, nie mam ochoty gadać z nieznajomym, który chce się spotykać w kuchni! - na szybko udało mi się wymyślić tak głupią wymówkę, że chłopak roześmiał się jakby zobaczył Obamę w stroju baletnicy tańczącego I'm sexy and I know it, albo coś w tym rodzaju.
- Jak to, nie pamiętasz mnie, czerwony strażniku? - no tak, myśli, że kilka zdań zamienionych dziesięć minut temu oznacza, że się znamy, ale... Zaraz, zaraz...skąd...on...zna...moje...przezwisko z dzieciństwa???
- Chwileczkę, co ty powiedziałeś?
- Naprawdę mnie nie pamiętasz?
- No jakoś nie bardzo! - skłamałam, przypominał mi takiego jednego kolegę...przyjaciela z dzieciństwa, ale tylko rysami twarzy. Piotrek był niski, gruby. Zawsze był niebieskim strażnikiem (wiecie, Power Rangers – kiedyś kochałam ten serial). To nie mógł być on. Tym bardziej, że kiedy miałam sześć lat,przeprowadzili sie do Gdańska.
- Zaraz zniszczę Cię moją mocą wody! Broń się! - krzyknął i przygotował się do "ataku".
- Piotrek? No nie, nie wierzę! To ty?
- A co myślałaś? Że tylko ty wypiękniałaś?
- Jak ja za tobą tęskniłam! - rzuciłam mu się w ramiona, a on mocno przycisnął mnie do swojej twardej umięśnionej piersi i pocałował w czoło, jak starszy brat. Był taki opiekuńczy. Dwa lata to może nie duża różnica, ale on zawsze był taki dojrzały, to znaczy nie kiedy lataliśmy po podwórku z drewnianymi mieczami.
Po kilku chwilach odsunęłam się lekko od niego, żeby widzieć jego twarz. Zwrócił na mnie swoje szare oczy w tej chwili mieniące się w świetle energooszczędnej żarówki. Jego kochane spojrzenie mówiło mi wszystko. Byliśmy tylko przyjaciółmi, ale teraz status naszego związku nie miał znaczenia. Piotrek schylił lekko głowę i wciąż trzymając mnie w talii przyciągnął do siebie i lekko pocałował. Zamknęłam oczy i utonęłam w słodkim smaku jego ust.  

Mój pierwszy rozdział...mam nadzieję, że się spodoba ;D Dziękuję za te pierwsze opinie. Są one dla mnie bardzo ważne, tym bardziej, że dopiero zaczynam swoją przygodę z blogowaniem :)) 
Oczywiście pozdrawiam wszystkich czytających i moje kochane Przyjaciółki ;D ♥

wtorek, 8 maja 2012

W skrócie...


Życie jest ogromnym wyzwaniem. Zadaniem tylko dla najwytrwalszych. Umrzeć? Wystarczy niewinny środek przeciwbólowy w dużej ilości, żyletka lub sznurek. Bułka z masłem. Ale żyć....
Co byście zrobili, gdyby jedyna bliska wam osoba, która was zawsze rozumiała i akceptowała nagle zniknęła. Historia jakby żywcem wzięta z horroru, czy filmu fantasy, jakich wiele, ale w świecie pełnym nieznajomych nic nie jest fantastyczne, bajkowe...